Nowe siostry zastąpiły eksmitowane betanki
październik 10, 2007“Staraliśmy się zrobić wszystko, aby akcja przebiegała bezpiecznie, z poszanowaniem godności osób, które znajdowały się wewnątrz obiektu. By nie doszło do zdarzeń, które mogłyby spowodować niebezpieczeństwo dla zdrowia lub życia osób, których to dotyczyło” - tłumaczył minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Dodał, że przedsięwzięcie było przygotowywane od długiego czasu. “Obawialiśmy się - nie będę ukrywał - tej sytuacji. Docierały różne sygnały do policji i prokuratury” - dodał.
Wychodziły w spokoju
Negocjacje trwały kilka godzin. Obyło się bez użycia siły wobec kobiet. Zakonnice stopniowo sprowadzano na dół - każdej z nich towarzyszyły dwie funkcjonariuszki. W klasztorze było 69 osób - 66 to byłe zakonnice. Część betanek reagowała spokojnie, część dyskutowała na tematy religijne, a część miotała w kierunku policjantek obelgi. Niektóre śpiewały.
Wyjątkiem jest były franciszkanin, który mieszkał razem z kobietami w klasztorze. “Ten mężczyzna zachowywał się agresywnie, dlatego założono mu kajdanki” - tłumaczył Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej Policji. Mężczyzna w habicie, odprowadzany przez dwójkę policjantów, wsiadł do samochodu osobowego. Zdaniem rzecznika lubelskiej kurii Mieczysława Puzewicza, były zakonnik miał duży wpływ na zbuntowaną przełożoną betanek, Jadwigę Ligocką.
Niemowlę w klasztorze
W budynku okupowanym przez betanki policjanci znaleźli dwumiesięczne niemowlę. Dziecko i jego matkę karetka zabrała do szpitala. Tam okazało się, że kobieta nie jest byłą zakonnicą. Wyznała, że przyjechała do klasztoru dwa tygodnie temu - z mężem i dzieckiem. Z klasztoru wyprowadzono też pięć byłych sióstr z Rosji i Białorusi. Będą deportowane.
“To przypominało sektę”
Ksiądz Mieczysław Puzewicz, rzecznik kurii lubelskiej, który był w budynku klasztoru, mówił, że to, co zobaczył, kojarzyło mu się tylko z jednym. “Te zachowania przypominały sektę” - stwierdził. Opowiadał, że kobiety były pod wpływem silnej manipulacji. Były odcięte od świata, a gdy do klasztoru wszedł komornik, wpadły w amok i zaczęły śpiewać pieśni religijne.
Co będzie z eksmitowanymi siostrami? Zdaniem ks. Puzewicza, kobiety, które przed buntem nie złożyły ślubów zakonnych, mogą teraz przejść do innych zgromadzeń.
Bramę musiał otworzyć ślusarz
Wejście do budynku nie było łatwe. Do muru klasztoru trzeba było przystawić drabinę. Po niej na drugą stronę muru przeszedł ślusarz, który od środka otworzył bramę. Wcześniej do wszystkich trzech bram pukał komornik. Jednak nikt nie odpowiadał na jego wezwania.
Razem z komornikiem na teren klasztoru weszło kilkudziesięciu policjantów - około 20 z nich w kaskach, z tarczami i pałkami. “To nie są oddziały szturmowe, a po prostu oddziały prewencji w pełnym umundurowaniu” - tłumaczył w TVN24 Mariusz Sokołowski. Jednak w Kazimierzu Dolnym stawiły się tabuny mundurowych - aż 150 funkcjonariuszy. A jak podaje RMF, przyjechali także antyterroryści i samochód ze specjalną beczką do bezpiecznego detonowania ładunków wybuchowych.
Gdy policjanci i komornik weszli do budynku, większość byłych sióstr siedziała w salce na najwyższym piętrze budynku. Były uśmiechnięte, śpiewały, grały na gitarze, klaskały.
Nie wylądują na bruku
Byłe betanki nie wylądują na bruku. Zakon, który usunął je ze swoich szeregów, opłacił koszty eksmisji, ale i wskazał nowe lokum dla kobiet. Byłe zakonnice mają na razie zamieszkać w domach rekolekcyjnych na Lubelszczyźnie.
Pat w klasztorze w Kazimierzu trwa od dwóch lat. Wszystko zaczęło się od odwołania ze stanowiska byłej przełożonej Jadwigi Ligockiej. Ona sama, jak i około 60 kobiet nie przyjęło do wiadomoci tej decyzji i odmówiło opuszczenia klasztoru. Wraz z nimi za murami budynku pozostał franciszkanin ksiądz Roman K. W grudniu ubiegłego roku Watykan wydalił kobiety z zakonu za złamanie ślubu posłuszeństwa. Jednak nawet to nie skłoniło ich do wyjazdu. Przełomem była dopiero decyzja sądu, który nakazał wyrzucić wszystkie siostry z budynku.
Opublikował/a samobojstwa

